sobota, 26 marca 2016

~4~

Rozdział dedykuję osobie, przez którą tak długo nie ujrzał światła dziennego, a jedynie skrywał się w czeluściach mojego dysku. Osoba ta nie czyta tego bloga, ale mimo to, chciałabym jej przekazać, że tęsknię. Bardzo.
~
Nie mogła otworzyć oczu. 
Powieki były zdecydowanie zbyt ciężkie, a światło które docierało do jej źrenic mimo usilnych starań  zdawało się wypalać je od środka. Żołądek był zupełnie pusty i obolały. W prawym uchu słyszała dziwny pisk, a w lewym...w lewym nie słyszała nic. Czuła się jak gdyby  połowa jej głowy była przywiązana do balonika z helem, a połowa do worka pełnego żelaza. Zawsze tak tłumaczyła swój stan lekarzom w szpitalu, a oni zawsze prosili żeby dokładniej wytłumaczyła co ma na myśli. Czy odczuwa jakikolwiek ból? Czy ma wrażenie jakby jakaś część jej była nieobecna? Nie wiedziała dlaczego nie rozumieją że tego nie da się dokładniej wytłumaczyć. Miała na szczęście świadomość tego co się dzieje. Że wracają do niej objawy choroby. Pamiętała jeszcze kiedy była w głębokiej depresji i nic do niej nie docierało. Jak lekarz tłumaczył jej, że najgorsze jest to, że ona nie zdaje sobie świadomości z tego jak jest z nią źle. Nie rozumiała że to co czuje jest chorobą. Po dwóch próbach samobójczych wyszła z tego. Udało jej się. Wróciła do normalnego życia, ale czasami były takie momenty kiedy...traciła panowanie. Bo "to" wciąż w niej było. Stało się nieodłączną częścią niej, ukrytą bardzo głęboko, ale jednak istniejącą. Głód ponownie dał o sobie znać przerywając jej rozmyślania. Potrzebowała czyjejś pomocy. Kogoś, komu może bezgranicznie ufać i kto ją zrozumie...potrzebuje teraz Harry'ego. Tylko...jak go tu sprowadzić? W filmie lub książce właśnie w tym momencie Harry wszedłby do mieszkania. Ot tak, bez powodu. Ale to było życie, nie fikcja i trzeba było coś wymyślić.Gdzie jest różdżka? Delikatnie rozejrzała się po pokoju i odetchnęła z ulgą. Leżała na komodzie koło łóżka, na wyciągnięcie ręki. Powoli wyciągnęła rękę starając się ignorować mdłości i narastający ból głowy i złapała magiczny przedmiot w drżącą dłoń. Mruknęła pod nosem formułkę a z jej różdżki wyskoczyła cudowna, jasno błękitna wydra.
-Harry, przyjdź teraz. To bardzo ważne. Potrzebuję cię. -Powiedziała, a wydra zmieniła się w ulotną mgiełkę i zniknęła za oknem. "Proszę cię, bądź jak najszybciej..." pomyślała Miona, tuż przed zapadnięciem w płytki, niespokojny sen.
~
"Harry, przyjdź teraz. To bardzo ważne. Potrzebuję cię" .Potter jeszcze przez chwilę wpatrywał się w miejsce w którym przed chwilą stało małe zwierzątko, po czym bez namysłu teleportował się do mieszkania swojej przyjaciółki. Widok który tam zastał był przerażający.
-Na Merlina, Hermiono! -krzyknął -Co ci się stało? Wyglądasz jakbyś...-Urwał nagle, ale dziewczyna wiedziała co ma na myśli. Wygląda jakby była po próbie samobójczej. Harry już kiedyś widział ją w takim stanie...
-Przedawkowałam...eliksir nasenny. -jęknęła. - I jestem OKROPNIE głodna.
Harry pokręcił głową z niedowierzaniem.
-Chyba powinienem znać jakieś zaklęcie oczyszczające...- mruknął i zapatrzył się z zamyśleniem w okno.
-Och Harry! Na prawdę? Jesteś aurorem. Książkę "zaklęcia medyczne" powinieneś znać na pamięć! -wykrzyknęła panna Granger, a chłopak uśmiechnął się.
-Nie wierzę -powiedział z wielkim uśmiechem. -Znowu mówisz jak Hermiona wiem-to-wszystko Granger!
-Panie Potter! -wykrzyknęła -Nie pozwala pan sobie na zbyt wiele? -zapytała oschłym tonem po czym obydwoje roześmiali się. Nagle Hermiona znów pobladła i zwymiotowała żółcią.
-Możesz...rzucić to zaklęcie...?- szepnęła słabo
-Oczywiście, oczywiście...- mruknął Harry po czym nagle wykrzyknął olśniony - Wiem! -wycelował różdżką w Hermionę i powiedział-  Mundate venenum!
Dziewczyna westchnęła z ulgą a na jej twarzy pojawił się delikatny uśmiech. 
-jest lepiej. O wiele lepiej. Tylko jakbyś mógł, proszę, zrobić coś do jedzenia? Cokolwiek. Byle szybko. 
-Oczywiście, Hermiono kochana, już lecę - zasalutował po czym pobiegł truchtem w stronę kuchni.
~
Już po chwili siedzieli razem nad talerzem ze stertą kanapek i rozmawiali uśmiechnięci. Przypominali sobie czasy Hogwartu, beztroskie (no cóż, w ich przypadku nie koniecznie beztroskie) dni spędzone na zamku, spacery po błoniach, wizyty w bibliotece. Nagle Harry zapatrzył się gdzieś w dal, po czym zerknął na Hermionę i zapytał:
-Byłaś wczoraj u Ginny, prawda? -Dziewczyna pobladła lekko na wspomnienie jej napadu przed wejściem na salę... I tego, co powiedziała jej przyjaciółka. 
-Tak...byłam. 
-I jak? Co ci powiedziała? 
-Ona...-dziewczyna wahała się tylko przez chwilę -Ona opowiadała mi, jak bardzo się boi. Martwi się, że coś może pójść nie tak. -Chłopak westchnął z ulgą. 
-To dobrze. Wiesz, Hermiono, bałem się...bałem się, że jest na przykład na coś chora i nie chce mi o tym powiedzieć. Że coś jej zagraża. 
-To nic, Harry. Na prawdę. Ona się tylko bardzo, bardzo niepokoi.-powiedziała, a w jej oczach pojawiły się łzy. Zamrugała szybko by się ich pozbyć. Nie wyda Ginny. Nigdy. 
~
Jakim cudem Blaise Zabini? Nie znali się. Może minęli się raz czy dwa na korytarzu, ale przecież codziennie mijało się tysiące uczniów. Ona nigdy nie zwróciła szczególnej uwagi akurat nie NIEGO. Co się w takim razie zmieniło? Ginevra nie była puszczalska, tego Hermiona była pewna. Fakt,kiedyś dosyć często zmieniała chłopaków, ale nigdy nie dochodziło do niczego, poza pocałunkami. Ona na więcej nie pozwalała. Miała swoją godność. Jak więc mogła pokochać Zabiniego? Kiedy to zaszło? I przede wszystkim: Dlaczego Hermiona, jej najlepsza przyjaciółka tego nie zauważyła...? Dlaczego ją zawiodła...?
~
-Widziałeś gdzieś ostatnio Rona? 
-Tak, wczoraj wieczorem, kiedy wrócił ze spotkania z tobą. -Dziewczyna zachmurzyła się i spojrzała ze smutkiem na Harry'ego. Miała wrażenie, że działo się coś złego. 
-Nie było żadnego spotkania, Harry. 
~
Cześć Hermiono! -zawołał rudowłosy mężczyzna w drzwiach. -Jak się czujesz? 
-Już wszystko dobrze. -Powiedziała z lekkim uśmiechem. Potter stał w drzwiach do pokoju dziewczyny. Co robił wczoraj Ron? Dlaczego go okłamał? 
-Cześć Ron. -powiedział -Ja muszę już lecieć, zajmiesz się Mioną? 
-Oczywiście -uśmiechnął się promiennie. -Mam dla ciebie, skarbie, cały dzień.
Teraz Hermiona zaczęła zastanawiać się, czy napisanie do jej narzeczonego było dobrym pomysłem. Nie była gotowa na tę rozmowę. Co jeżeli nie będzie umiał się wytłumaczyć? Ale pomimo jej wątpliwości, teraz nie miała już wyjścia.
-Tak jak wczoraj...?-zapytała cicho. Ron patrzył na nią przez chwilę zdziwiony i już chciał się odezwać, gdy nagle zbladł i otworzył szeroko oczy.
-Jak...jak ty...przecież...-wydukał.
-Byłam w Norze. Chciałam się z tobą zobaczyć, ale spotkałam jedynie Molly. Wiesz co mi powiedziała? Że pojechałeś na umówione ze mną spotkanie.
Ron westchnął ciężko, wbił spojrzenie w ziemię i sięgnął ręką do torby.
-Ja...chciałem żeby to była niespodzianka, ale skoro i tak już wiesz, nie ma teraz sensu odgrywać jakiegoś przedstawienia. Proszę, to dla ciebie, Hermiono Jean Granger. -mówiąc to, wyciągnął czarne, podłużne pudełko i podał je dziewczynie. Serce byłej Gryfonki zatrzepotało. Te wszystkie złe przeczucia były nieuzasadnione. Miał dla niej prezent. Znów chciał tylko okazać jej swoją miłość, a ona znów wszystko zepsuła. Wzięła pudełko w drżącą dłoń, delikatnie odchyliła wieczko i zaparło jej dech w piersi. W środku leżała drobna, szczerozłota bransoletka z malutkim rubinem. Musiała kosztować majątek. 
-Ron, to jest...jest...Och, Ronaldzie!- Krzyknęła z wielkim uśmiechem i rzuciła mu się na szyję, odkładając uprzednio naszyjnik na szafkę obok. 
-Czyli podoba ci się?
-Bardzo. -szepnęła wtulona w niego. Może go nie kochała, ale przy nim mogła zapomnieć o wszystkim. Przy nim mogła być po prostu szczęśliwa.
~
Wena z dnia na dzień opuszcza mnie coraz bardziej. Mam nadzieję, że ten blog nie stanie się kolejnym blogiem-widmo, jak wszystkie pozostałe mojego autorstwa.
Dziękuję wam. Za to, że jesteście i czytacie.
I proszę tym razem o dużą dawkę krytyki. Potrzebuję mocnej motywacji do wzięcia się za siebie ;)

2 komentarze: