poniedziałek, 5 października 2015

~3~

Cześć :)
Wiem że bardzo długo byłam nieobecna, ale ostatnio mam coraz mniej weny i ciężko mi pisać nowe rozdziały. Bardzo dziękuję Wiktorii Adamczyk oraz Mathers M. za komentarze. Mam nadzieję że pomimo trudności uda mi się napisać chociaż trochę interesujący rozdział.

Notka bez bety
Jeżeli ktoś widzi wyraźne błędy i miałby ochotę coś z nimi zrobić proszę napisać do mnie na adres
moone.blogger@gmail.com

~
Droga Gigi
mam nadzieję że u ciebie wszystko dobrze.
Wiem że ostatnie tygodnie były dla ciebie ciężkie, ale wiedz, że mi też nie jest łatwo. 
Tęsknię
Misia
~
Kochana Misiu
Tak bardzo chciałabym się z tobą zobaczyć.
Odwiedzisz nas w najbliższym czasie?
Jest nam ciężko, ale czekamy na was tak jak zawsze.
Niedługo szkoła i egzaminy.
Boję się
Stresuję się.
Gigi
~
Gigi
Mam nadzieję że wiesz, iż egzaminy nie są najważniejsze.
Ważne żebyś była szczęśliwa.
Szkoła może byś bardzo, bardzo stresująca.
Niestety w najbliższym czasie nie będę miała sposobności żeby cię odwiedzić
Twoja
Misia
~
Kochana Misiu
szkoda że twoje listy są takie krótkie. BardzO chciałabym zobaczyć się z tobą w najbliższym czasie, ale rozumiem że niestety teraz to niemożliwe.
bardzo  boJĘ się że nie zdążycie przyjechać na święta. 
czy powinnam? 
Strach i Niepewność mnie przytłaczAją. 
PEwnie tęsknisz tak samo mocno jak ja.
Gigi
~
Gigi
Rozumiem twoje obawy
Faktycznie  jest szansa, że nie wrócimy na święta.
Bardzo, bardzo brakuje mi ciebie tutaj.
Z niecierpliwością oczekuję naszego spotkania.
Spotkaliśmy już parę naprawdę czarujących osób. 
Bardzo polubili naszą gromadkę.
Wszędzie się za nami włóczą.
Kiedy będzie ci mnie brakować, okryj się kocem który ode mnie dostałaś.
Spróbuj wyobrazić sobie wtedy, że przytulam cię tak, jak kiedyś.
Misia
~
Znaleźli nas. Nie odpisuj.
~
Wszystko stało się naraz. Kiedy Ginny nagle zemdlała, aparatura do której była podłączona zaczęła przerażająco piszczeć i szumieć. Do pokoju wbiegła pielęgniarka i natychmiast, bez słowa, zabrała się do sprawdzania danych wyświetlających się na maszynach. Po chwili wbiegła kolejna pielęgniarka która zajęła się ocenianiem stanu zdrowia Ginevry i jej dziecka. Hermiona siedziała osłupiała. Nie potrafiła oderwać wzroku od małej Weasley'ówny leżącej na łóżku szpitalnym, pomimo tego, że tak bardzo nie chciała na to patrzeć. Nie chciała widzieć, jak podtykają jej różne rurki. Nie chciała tego widzieć, bo nie chciała aby do jej głowy przedostała się chociażby najmniejsza myśl o tym, że jej ukochanej, przyszywanej młodszej siostrzyczce może się coś stać. Tyle razem przeszły...Czym prędzej odgoniła od siebie te myśli. przecież ona tylko zemdlała! Od tego się nie umiera. Szatynka wzięła dwa głębokie wdechy.
-Przepraszam bardzo, czy...czy wszystko dobrze?- Zapytała się lekko drżącym głosem jednej z kobiet, które weszły do sali.
-Za niecały miesiąc panna Weasley ma termin porodu. Nie powinna się denerwować.
-Ale nic jej nie będzie, prawda?
-Oczywiście że nie. - Pielęgniarka uśmiechnęła się ciepło do Hermiony. -Zaraz podamy jej kilka eliksirów i wszystko będzie dobrze.
-Czy mogła by pani przekazać jej jak się obudzi że...musiałam pójść się przejść żeby to wszystko przemyśleć?
-Oczywiście, kochana. Idź się przewietrzyć -Kobieta uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Brązowooka starała się nie pokazywać po sobie jak bardzo ją to irytuje. Wiedziała że wszyscy dookoła przez co najmniej następne pół roku będą ją traktować jak porcelanową laleczkę, która może zbić się przy chociażby głośniejszym oddychaniu. Nie chciała tego. Była silna. Pomimo tego że spotkało ją tyle okrucieństwa ona się nie załamała. Wolała by żeby nikt nie wiedział kim jest. Wolała by znów być najzwyklejszą w świecie Hermioną Granger. Czasami myślała nawet że wolała by nie być czarownicą, ale wtedy przypominała sobie o Harry'm, o Ronie i o Ginny. Gdyby nie magiczny świat nigdy nie dane było by jej ich poznać. Westchnęła cicho, a następnie wstała ze swojego miejsca obok szpitalnego łóżka i skierowała się do drzwi. Wiedziała gdzie pójdzie. Do Nory.
~
Nora nie była już tą ruderą co kiedyś. Rodzina Weasley'ów dostała sporą sumę galeonów za duży wkład w walkę i postanowiła zainwestować w odnowę miejsca zamieszkania. Pozostała ciepła oraz rodzinna atmosfera, ale teraz dom był większy i zrobiony z estetycznie złożonego drewna z brzozy. Teraz nie sprawiał wrażenia rozpadającej się rudery. Wyglądał jak przytulny zakątek, w którym można się schować kiedy ma się zły humor. Jak miejsce w którym nie istnieje strach ani smutek. Hermiona kochała to miejsce całym sercem. Zapukała do drzwi, które prawie natychmiast otworzyły się szeroko i stanęła w nich uśmiechnięta od ucha do ucha Molly.
-Hermiona! Witaj kochanie! -Wykrzyknęła matka grupy rudzielców po czym przytuliła się do dziewczyny. -Wejdź do środka, zrobię ci gorącą czekoladę.
-Dziękuję za propozycję, ale na razie wpadłam tylko na chwilkę żeby wziąć ze sobą Rona -Powiedziała Miona na którą sam widok pani Weasley działał kojąco. Była wspaniałym przykładem kochającej matki.
-Rona? -Zapytała ze zdziwieniem -No patrz, jakieś dwadzieścia minut temu wyszedł mówiąc że jest z tobą umówiony! Chyba nie dogadaliście się co do miejsca spotkania -Zaśmiała się perliście.
-Wyszedł? -Teraz z kolei Brązowowłosa otworzyła szerzej oczy ze zdziwienia. -Nie umawialiśmy się  dzisiaj.
-Naprawdę? No cóż...Ostatnio jest trochę rozkojarzony. Pewnie pomyliły mu się daty.
-Pewnie tak. -Westchnęła Miona -W takim razie ja już pójdę. Do widzenia.
-Pamiętaj, że możesz przychodzić kiedy tylko chcesz. -Powiedziała na odchodnym Molly i zamknęła drzwi.
-Będę pamiętać -Szepnęła Granger po czym deportowała się z głośnym trzaskiem.
~
Stała przed kafejką w okolicach centrum Londynu. Zawsze przychodziła tu kiedy musiała pomyśleć. Była stałą klientką i blisko przyjaźniła się z kilkoma pracownikami więc zazwyczaj dostawała darmową kawę. Usiadła przy jednym ze stolików na dworze. Gdzie poszedł Ron? Dlaczego powiedział że idzie na randkę z nią? Inne dziewczyny pewnie pomyślały by w tym momencie że ich chłopak je zdradza, ale nie Hermiona. W czasie wojny nauczyła się jednego. Cokolwiek by się stało trzeba ufać swoim przyjaciołom. Wiedziała że może na nich polegać w każdej chwili swojego życia. Nawet teraz wiedziała jak bardzo Ronald poświęca się dla niej. Powiedziała mu kiedyś że na razie nie jest w stanie nikogo pokochać i nie wie czy jeszcze kiedykolwiek będzie to możliwe. Mimo tego on stwierdził że zrobi wszystko aby z nim została. Wiedział że istnieje możliwość że Hermiona nigdy nie poczuje miłości do żadnego człowieka, ale wiedział także że jego pieniądze które staną się po ślubie ich wspólnym majątkiem są dziewczynie bardzo potrzebne. Mała łza spłynęła jej po policzku. Otarła ją wierzchem dłoni i zachichotała cicho. Cała sytuacja wydała jej się nagle bardzo zabawna. Ron przecież nie mógł iść na randkę z nią, ponieważ ona go nie kocha. To takie bez sensu. Wzięła głęboki wdech. Czuła że znowu daje o sobie znać jej choroba psychiczna. Po wojnie cały czas była smutna, nie wiedziała dlaczego. Powinna była się cieszyć, a jednak cały czas płakała. Na początku była to głęboka żałoba po śmierci rodziców, ale potem było co raz gorzej. Hermiona miała dwie próby samobójcze. Do teraz nie potrafi opisać co wtedy myślała. Targały nią całkiem sprzeczne odczucia. Zabrano ją na odział psychiatryczny w Św. Mungu, i tam właśnie wykryto u niej cylkofrenię, odmianę depresji. Przez kilka miesięcy chodziła na intensywną terapię, aż w końcu uzdrowiciele zgodnie stwierdzili że dziewczyna może spokojnie wrócić do domu. Choroba nie nękała jej już tak jak kiedyś, ale wciąż miała znaczne wahania nastrojów. Pogrążona w myślach panna Granger siedziała na krześle wpatrzona w niebo, gdy nagle zdała sobie sprawę, że ktoś na nią patrzy. Na jej bliznę z napisem "Szlama". Mógł być to albo ciekawski czarodziej, pełen współczucia i dobrych chęci, a tacy właśnie irytowali ją najbardziej, lub mugol, zastanawiający się co oznacza to słowo, i dlaczego młoda dziewczyna ma je wycięte na przedramieniu. Ze zdenerwowaniem odwróciła się w stronę z której, jak jej się wydawało, ktoś na nią patrzył. Podniosła wzrok i zachłysnęła się powietrzem, gdy jej czekoladowe tęczówki natknęły się na te o kolorze stali. Wstała szybko przewracając krzesło, odbiegła za budynek i natychmiast deportowała się do swojego mieszkania. Gdy była już na miejscu zataczając się weszła do sypialni, na oślep sięgnęła po eliksir uspokajający po czym jednym szybkim ruchem wypiła cały flakonik. Z jej oczu lały się łzy, a ona sama powoli odzyskiwała zdolność oddychania. Powoli odpływała. Przedawkowany płyn zaczął działać natychmiast. Osunęła się na łóżko i zasnęła skulona na brzegu.
Bała się go jak nikogo innego. I jednocześnie nienawidziła go całym sercem.
~
Twarz, ubrania, włosy. Nic z tych rzeczy nie wywoływało u niej tak silnej reakcji. Tylko oczy. Szare, zimne oczy które widywała kiedyś tak często, które śmiały się jej w twarz gdy ona płakała, które były powodem jej płaczu za czasów Hogwartu, w które patrzyła z niemym błaganiem torturowana przez Bellatrix. Oczy które widziały jej cierpienie, i nie pojawiła się w nich ani odrobina ludzkich uczuć. 
Oczy Dracona Malfoya.
~
Jest! W końcu!
Pisałam ten rozdział kilka dni, i jestem przerażona gdy widzę jaki jest krótki. Ciekawie zacznie się robić w piątym rozdziale (Chyba że wyjątkowo napiszę jakąś długą notkę, wtedy w czwartym :) )
Przepraszam za tak długie odstępy w czasie pomiędzy rozdziałami, ale niestety - wena nie pojawia się na zawołanie.
Może ktoś z was ma jakiś utwór, piosenkę która inspiruje go do pisania?
Jeżeli tak, mogła bym prosić o link? ;)

Niedobra i zła autorka, która wenę ma raz na tydzień
~Moone

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz